Szkła na ślub

13133257_1087912667933953_4427604101088038908_n
  • Facebook
  • Twitter
  • Google+
  • Gmail

Wiele razy trafiłem już na pytania o to, jaki zestaw szkieł umożliwia dobre ogarnięcie reportażu i sesji ślubnej. A skoro trochę tych ślubów w życiu zrobiłem, a przez moje ręce przewinęły się w sumie dziesiątki obiektywów, to pozwolę sobie opisać wynik swoich doświadczeń. Oczywiście zakładam, że w czasach gdy niezajechany aparat pełnoklatkowy można kupić za 3000 zł nikt cropem ślubów nie foci…

Prawda pierwsza: Miłośnicy zoomów mają łatwiej.

De facto cały niezbędny zakres mogą ogarnąć przy pomocy 24-70 i 70-200 F2,8. Zwykle jednak są na tyle mądrzy, że mają w torbie jakieś jasne 50 mm F1,4. Dla obrazka, jasności, portreciku i detalu.

Prawda druga: W ślubach jednak dominują stałki.

Mnie osobiście (zwolennika ich jasności, ostrości i obrazka) zupełnie to nie dziwi. Podstawa to dziś chyba 35 mm F1,4 i 85 F1,4 lub 1,8. Taką parą można ogarnąć niemal wszystko. No ale…

Niektórzy wolą (i sam długo do nich należałem) 50 mm zamiast 35 i wówczas bez czegoś jeszcze szerszego w torbie jest trudniej.  Inni (i do tych też długo należałem) wolą do portretu i dalszych akcji 135 mm zamiast 85 mm (ta druga ogniskowa jest jednak zdecydowanie bardziej wszechstronna). Wtedy dziura między 35 a 135 też robi się za duża i przydaje się jakieś 50mm w środku.

Prawie zawsze przydałoby się coś szerszego i tutaj często stałkę zastępuje się szerokim zoom typu 16-35 czy 12-24. Dlaczego? Szybkość AF i wygoda to atuty, jakość obrazka – nie zawsze. Może być też stałe 20 czy 24 mm  (które bardzo często wyklucza się z 35, bo zwykle fotografowie mają albo 24 albo 35).

Niestety czasem przydaje się też coś długiego a 135 czy 85 to nie są długie szkła i tutaj zostaje któryś z mnóstwa wariantów 70-200.

Prawda trzecia: zawsze przyda się coś jeszcze.

No bo przecież do naprawdę małych detali jakieś szkiełko macro… No bo przecież niektóre szerokości bywają fajne dopiero, gdy potraktujemy je jakimś fishowatym szkłem w okolicach 15 czy 14 mm. No bo przecież tilt-shifty są fascynujące a obrazki z nich bywają piękne… I tak dalej.

Prawda czwarta: To się nigdy nie kończy.

Nie znam chyba fotografa, który osiadł na laurach i stwierdził: „Mam już wszystko, czego potrzebuję”. Ciągle pojawiają się nowe ciekawe szkiełka, którym trudno się oprzeć, wychodzą nowe udoskonalone wersje szkieł a 135 Sigmy okazuje się wspanialsze i jaśniejsze niż legendarnej 135 Canona.

Inna sprawa, że podmianki w szklarni pozwalają na wykrzesanie z fotografa nowych pomysłów i rozwój. To świetny sposób, żeby walczyć z rutyną i wygodnictwem.
Mój optymalny zestaw?

To co na zdjęciu powyżej to nie mój obecny zestaw, tylko zestaw były i do tego niepełny. Uzupełniała go zwykle 50 sigmy 1,4 ale nie Art i coś dłuższego typu 70-200 (od ciemnego i starego Canona 70-210 F4 po eLki F4 i F2,8 zależnie od potrzeb, okoliczności i zasobów w portfelu).

Obecny zestaw składa się z Artów o ogniskowych 20, 35, 85  i  70-200 (na razie jest F4 L Canona, ale zobaczymy co będzie dalej). Czasem wykorzystuję także Biometara 80 mm F2,8 od TheBokehFactory  i Prakticara 50 mm F1,8 (BOKEH!). Gdzieś tam marzą mi się Sigm Art 50 i 135 oraz tiltshiftowe 50 mm.

 

View this post on Instagram

#jobtime #weddingphotographer #sigma85mm #peakdesign

A post shared by Bernard Łętowski (@bernardletowski.pl) on

Może Ci się również spodoba

Share This